Wykupieni niewolnicy – nowobogackimi

Wykupieni niewolnicy - nowobogackimi

Bogate rzymskie rodziny mniej się troszczyły o wpływy do własnego budżetu niż o to, jak pomysłowo je wydać. Troska o dochody, płynność finansową i majątek leżała zwy­kle w gestii niewolników – podczas gdy w historii niewol­nicy musieli wykonywać najcięższe, najbrudniejsze i najnie­bezpieczniejsze prace, w Rzymie zajmowali się wszystkimi pracami. Niewolnicy ds. finansów posiadali niezłe wykształ­cenie i szerokie kompetencje w zakresie podejmowania de­cyzji. Byli w zasadzie menedżerami rzymskich koncernów rodzinnych. Najlepsi z nich, czyli topowi menedżerowie, w nagrodę za pomnożenie majątku uzyskiwali wolność. A jako wyzwoleńcy mogli na własny rachunek spożytkować swoje umiejętności i kontakty.

Źródła historyczne nie przekazują nam ani ich imion, ani informacji o majątkach owych nowobogackich, niegdy­siejszych niewolników – dla Rzymian nie było istotne, kto ile chowa w domu, dopóki z prowincji napływały wystar­czające ilości pieniędzy A ta rzeka jeszcze długo nie miała wyschnąć. Do naszych czasów przetrwała za to znakomi­ta satyra na Rzym wczesnego Cesarstwa. Satyryki, dzieło Petroniusza Arbitra (27-66 n.e.), bliskiego doradcy cesarza Nerona, pełne są uszczypliwego humoru, o który trudno by podejrzewać dwór tego cesarza (to, że Petroniusz podciął sobie żyły, gdy popadł u Nerona w niełaskę, jak najbardziej już współgra ze stereotypowym wyobrażeniem Nerona). To z tego dzieła pochodzi Uczta Trymalchiona. Trymalchion jest właśnie takim wyzwoleńcem – nowobogackim, dumnym z tego faktu. „Niech kości dawnego pana mego spoczywają w spokoju, za to, że mi nie pozwolił wyróść na bydle” (ten i dalsze fragmenty iv tłum. Leopolda Staffa), wyznaje biesiadnikom, co jednak nie do końca się udaje: „Wyrósł z małego. Zostawił trzydzieści milionów sesterców, nigdy nie słuchał filozofów”, brzmi jego propozycja napisu na własnym nagrobku. Jeden z gości wyznaje narratorowi: „Trymalchion ma dóbr, ile jastrząb przeleci, i pieniędzy jak siana”. I dalej: „W izbie jego odźwiernego jest srebra więcej, niż inny ma w całym majątku. A cóż dopiero jego niewol­nicy! Do licha! Nie wiem, czy dziesiąta ich część zna swego pana! Zresztą tak się go boją, że kryją się przed nim w mysią dziurę”.

To, jak bardzo Trymalchion obnosił się ze swym boga­ctwem, objawia się na przykład tym, że w samym środku ob­fitej uczty kazał zdać raport swoim księgowym: w jednym tyl­ko dniu w majątku Trymalchiona urodziło się 30 chłopców i 40 dziewczynek, zebrano 500 000 szefli pszenicy i schwy­tano 500 wołów. Przychód gotówki tego dnia wyniósł 10 milionów sestercji. Nawet jeśli nie potraktujemy tych liczb dosłownie (a 10 milionów sestercji zysku na dzień wynosiło więcej, niż Cezarowi udało się złupić w Galii w ciągu 8 lat),

to jednak wymieniono tu wszystkie ówczesne źródła wiel­kiego bogactwa: latyfundia, rolnictwo i hodowlę, interesy finansowe. Za to produkcję przemysłową bogaci Rzymianie omijali szerokim łukiem. To, czego najbardziej potrzebowało miasto, pochodziło z prowincji, a mające siedzibę w Rzymie manufaktury w dużej części były własnością cesarza.

Ale również handel zagraniczny odgrywał w tamtych czasach uderzająco nieznaczną rolę. Co jednak przesta­je dziwić, jeśli się weźmie pod uwagę wszystkie ówczesne szlaki handlowe: wiodły one zawsze do Rzymu, ponieważ tylko tam można było znaleźć odpowiednią siłę nabywczą. Ale żaden z tych szlaków nie prowadził z Rzymu na prowin­cję, miasto i jego okolice nie produkowały niczego, czego nie można by znaleźć w sąsiednich krajach. Każda karawana i każdy okręt musiał zatem wziąć pod uwagę powrót bez załadunku, tracąc tym samym okazję, by w drodze do domu wypracować ponowny zysk. To czyniło handel zagraniczny bardzo nieatrakcyjnym i zwiększało stopę zysku położonych wokół Rzymu gospodarstw rolnych, ponoszących znacznie niższe koszty transportu.