Wojna cenowa: Handel potęgą światową

Wojna cenowa: Handel potęgą światową

Od tysiącleci większość bogaczy to z zawodu handlow­cy. Tanio kupić, drogo sprzedać, z tego zawsze można było nieźle żyć. Pozornie niewiele się tu do dziś zmieniło: z 15 największych majątków na świecie według listy czasopis­ma „Forbes” z roku 2004 aż osiem narodziło się w branży handlowej. A mimo to w XX wieku doszło do całkowitej zmiany układu sił. Ponieważ wszyscy ci handlowcy, którzy w minionych 100 latach z okładem doszli do niebotycznego bogactwa, byli… kupcami detalicznymi.

Z drobnego sklepiku do ogromnego koncernu

To absolutne novum w historii gospodarki. Kupcy, któ­rzy w minionych epokach dochodzili do dużego majątku, trudnili się handlem zamorskim, hurtowym lub co najwyżej handlem specjalistycznym, koncentrując się na najbardziej zyskownych towarach. Odnosiło się to zarówno do arma­torów i kupców w starożytnym Milecie, jak i miast hanzeatyckich w średniowieczu, dotyczyło domów handlowych Fuggerów i Welsera u progu nowożytności, jak i handlu niewolnikami w kolejnym stuleciu. Za to kupcy detaliczni, którzy zaspokajali codzienne potrzeby ludzi, byli drobnymi kramarzami na samym końcu łańcucha dostaw. Jednak w dzisiejszych czasach kramarze wyrośli na gigantów. Ame­rykański cesarz supermarketowy Sam Walton przez wiele lat nosił honorowy tytuł najbogatszego człowieka na świecie – jego spadkobiercy razem wzięci według szacunków specja­listów z „Forbesa” mają więcej niż dwa razy tyle, co aktual­ny numer jeden, Bill Gates. Niemieccy książęta dyskontowi Karl i Theo Albrecht, też razem liczący 41,1 miliarda do­larów, prawie doszlusowali do Gatesa z jego 46,6 miliarda dolarów. A pewna szwedzka gazeta rości pretensje do tytułu najbogatszego człowieka świata dla handlarza meblami Ingvara Kamprada – założyciela Ikei, posiadającego majątek w wysokości ok. 52 miliardów dolarów.

Ostatnią liczbę musimy jednak wytłumaczyć lokalnym patriotyzmem: żaden kupiec detaliczny świata nie jest wart czterokrotności swoich obrotów. Jednak coś się musiało wydarzyć w prastarym świecie handlu, że możliwe stało się gromadzenie tak ogromnych majątków. Tylko co? Przyjrzyj­my się najpierw temu, co się nie wydarzyło:

  • Marże zysku nie zwiększyły się, lecz zmniejszyły. Zysków z zainwestowanego kapitału rzędu kilkuset lub 1000 procent, jak to miało miejsce w przypadku handlu korze­niami lub niewolnikami, już się dzisiaj nie spotyka. Zysk koncernów handlowych rzadko wynosi więcej niż 1 pro­cent obrotu lub 15 procent zainwestowanego kapitału. Najważniejszym powodem obniżonych marż jest ograni­czone ryzyko. Spadło niemal do zera. Żadna z karawan nie może zostać okradziona, a żadna karawela złupiona przez piratów. Główne i skrajnie niewielkie ryzyko bierze na siebie w dużej części dostawca, resztę ubezpieczenie.
  • Przejrzystość rynku nie zmalała, lecz przeciwnie, wzro­sła. Jest tak duża, jak nigdy dotąd. Źródła dostaw i drogi zbytu są znane na całym świecie i jasne, również kalku­lacje handlowców oraz dostawców nie skrywają jakichś tajemnic. W zasadzie każdy koncern świata może kupo­wać u każdego producenta świata. I podczas gdy koszty zakupu owiewa jeszcze mgiełka tajemnicy, koszty sprze­daży są całkowicie jawne i rozpowszechnia się je w kata­logach, prospektach i reklamach.
  • Nie ma monopoli, tylko ogromna i agresywna konkuren­cja. Kiedyś Europejczycy mogli kupić kosztowności z od­ległej Azji tylko w Wenecji. Ktokolwiek chciałby przeła­mać monopol Wenecji, musiałby wejść w spór z lagunową republiką. Coś takiego od dawna jest passe. Miejsca han­dlu detalicznego muszą znajdować się jak najdalej od cen­trum, w możliwie jak najbliższym sąsiedztwie klientów. To regularnie prowadzi do tego, że czterech do ośmiu kon­kurujących ze sobą handlowców osiedla się na tej samej ograniczonej przestrzeni. I wszyscy walczą o klienta do­zwolonymi, a czasami i niedozwolonymi metodami.

Handel detaliczny oznacza dziś centralny zakup, kilka decentralnych miejsc sprzedaży i całe mnóstwo logistyki. Nic z tego nie zostało opatentowane, każdy może uczynić dobre pomysły konkurencji własnymi. I w każdej chwili do rywalizacji mogą stanąć nowi gracze – w końcu handel jest najprostszą istniejącą metodą wejścia w gospodarkę rynko­wą. Tego rodzaju ekonomia z doskonałą konkurencją i pełną informacją powinna być według panujących wśród ekono­mistów opinii najlepszą receptą na zapobieganie bogactwu, ponieważ żadne przedsiębiorstwo nie może wyrwać z rynku dodatkowego zysku. A mimo to w branży tej wciąż rodzą się największe majątki świata. Spróbujmy więc rozwikłać tę zagadkę z pomocą krezusów, których mamy pod ręką: braci Albrechtów.