Warren Buffett: nuda receptą na sukces

Warren Buffett: nuda receptą na sukces

Jednak, podczas gdy takie typy graczy od zarania dzie­jów przypisane były do giełdy, działające wedle porządnych reguł rynki kapitałowe pozwalają wzbogacić się przedstawi­cielom reszty ludzkości: inwestorom zorientowanym długo­terminowo. Zajmują się firmami, którym można powierzyć pieniądze, chcą, by te przedsiębiorstwa rosły i przynosiły owoce, tak, by podobnie działo się z ich inwestycją. Trzy­mają się z dala od szumu spekulacji, traktują inwestowanie w akcje jako porządny zawód. Poza wysokimi sumami, jaki­mi codziennie obracają, nie ma w nich nic nadzwyczajnego i nigdzie nie można spotkać tylu nudziarzy naraz, jak na imprezie menedżerów funduszy. Ale dla ludzi, którzy inwe­stują nasze pieniądze, jest to korzyść nie do przecenienia.

Ucieleśnieniem takiego nudziarza jest obecnie drugi spo­śród najbogatszych ludzi świata. Mieszka w Omaha, jednym z najmniej nam się z czymś kojarzących miast Ameryki, któ­rego największą zasługą jest to, że przed 130 laty było miej­scem, w którym spotkali się budowniczowie kolei żelaznej, zaczynający od Pacyfiku i od Atlantyku. Zjada chętnie steki, lubi coca-colę i baseball oraz jest szefem firmy, której na­zwa elektryzuje nas w równym stopniu, co mecz krykieta: Berkshire Hathaway. Cóż takiego ma Warren Buffett, czego nie mają inni?

Posiada niektóre cechy, które zauważyć można również u braci Albrecht. Stworzył zestaw prostych reguł, których się trzyma: tylko akcje przedsiębiorstw, które rozumie, tylko produkty, które mu się podobają. I jest odporny na wszystkie pokusy, jakie niesie ze sobą bogactwo. Wciąż chęt­nie jada steki i ciągle chętnie pije coca-colę i nikt go nie wyrwie z Omaha. Jedyną ekstrawagancją w jego życiu było wykupienie miejscowego klubu baseballowego.

 

Szczególnie odporny jest Warren Buffett na pokusę, obecnie często występującą na rynkach kapitałowych: wiru­sa guru. Kto raz już osiągnął status guru (do czego wystarczy kilka małych manipulacji albo po prostu szczęście), może przez jakiś czas liczyć się z tym, że jego zwolennicy kupią każde akcje, które poleci. W ten sposób napędza się kursy takich akcji, działania guru lśnią pełnym blaskiem i może dzięki temu lub innemu działaniu spod znaku insider trading odkroić sobie dodatkowy plaster zysku. Ten, kto decyduje się na tę grę, z pewnością straci swój status guru, ponie­waż szybko przestaje zważać na to, które przedsiębiorstwo faktycznie się do czegoś nadaje, lecz tylko patrzy, któ­rym najlepiej może uruchomić akcje. To, że Warren Buffett jest zupełnie na to odporny, potwierdziło się w latach 1999 i 2000. Gdy wszyscy inwestorzy zabijali się o gorące akcje New Economy, Buffett pozostał przy swoich faworytach, Coca-Coli, Fedeksie i Gillette, licząc się z tym, że te działa­nia zostaną wyśmiane. Ale nie wierzył w cuda kursowe, inni trafiali do ksiąg rekordowych zysków, a Buffett zachował zimną krew. I gdy internetowym kapitanom wirtualne mi­liardy zaczęły przeciekać przez palce, sam pozostał na samej górze list najbogatszych.

Albo raczej niemal na samej górze. Ponieważ, chociaż od wielu lat Warren Buffett zalicza się do grupy czołowych bo­gaczy, jeszcze nigdy nie zdobył pierwszego miejsca. W naj­świeższym notowaniu czasopisma „Forbes” skrócił dzielący go od Billa Gatesa dystans z 10,2 do 3,7 miliarda dolarów i wylądował na drugim miejscu. Jeśli zechce, w ciągu kilku dni mógłby zmienić tę kolejność. Wystarczyłoby, żeby po­zwolił sobie na spostrzeżenie, że uważa Microsoft za prze­wartościowany i dlatego tak słabo wypadł w rankingu, czyli spekulował na spadek kursu. Przynajmniej na jakiś czas do­prowadziłoby to do tego, że akcje Microsoftu, a tym samym i majątek Gatesa zaczęłyby spadać, a „wyrocznia z Omaha” stałaby się najbogatszym człowiekiem na świecie. Bill Gates może mówić o prawdziwym szczęściu, że Warren Buffett jest do tego stopnia pozbawiony próżności i nudny.