Triumfalny pochód spółek akcyjnych

Triumfalny pochód spółek akcyjnych

Spółki akcyjne: również one zaliczają się do zdobyczy, któ­re zawdzięczamy kolei żelaznej. Ich instytucja jest co prawda dużo starsza, ale kolej w znacznym stopniu przyczyniła się do ich rozwoju. Spółka akcyjna zdawała się zająć miejsce, które do tej pory piastował przedsiębiorca. Szczególnie przy tworzeniu nowych linii kolejowych okazała się znacznie elastyczniejsza, ponieważ, oczywiście przy sprzyjającym klima­cie na giełdzie, mogła niemal wedle uznania podwyższać swój kapitał. Cornelius Vanderbilt czy John Gould nie byli ani konstruktorami lokomotyw, ani ekspertami od logistyki. Byli natomiast żonglerami finansowymi, którzy dzięki nieprzej­rzystej akrobatyce giełdowej zdobywali albo też tracili swoje imperia. A w fabrykach chemicznych zaczęły się wykształcać struktury, które dzisiaj określilibyśmy słowem management.

Dla filozofa gospodarki Petera F. Druckera znaczenie tej ekonomicznej nowinki wcale nie ustępuje znaczeniu samej kolei: „Nowa spółka akcyjna była prawdziwą innowacją, która szybko stała się dominującym czynnikiem gospodar­czym. Była pierwszą od stuleci nową autonomiczną insty­tucją, pierwszą, która posiadała swoje centrum władzy we­wnątrz społeczeństwa, jednocześnie pozostając niezależną od władzy centralnej i państwa”.

My jesteśmy bardziej powściągliwi w ocenie i skłaniamy się raczej, by uznać kolej za ważniejszą od spółki akcyjnej. Wraz z koleją rozpoczęło się w historii gospodarki to, do czego w historii ewolucji doszło w okresie kredy: epoce, w której ceniono to, co duże. Ewolucja zrodziła wtedy dino­zaury, a w ekonomii nastał okres przedsiębiorstw-gigantów, takich jak koncerny Carnegiego czy Kruppa. Do tej pory tak ogromne organizacje pojawiały się jedynie z powodów woj­skowych (armia) lub przy okazji realizacji motywowanych religijnie megaprojektów (budowa piramid czy katedr).

Tak jak w trakcie wielu podobnych procesów, również podczas wzrostu liczby przedsiębiorstw u schyłku XIX wieku okazało się, że pozornie stały przyrost musiał prowadzić do załamania się struktury, by dalszy rozwój w ogóle mógł za­istnieć. Wysoki wkład kapitału i duża złożoność prędzej czy później przerastały możliwości pojedynczego przedsiębior­stwa. Należało stworzyć organizacje zdolne operować (nie­mal) dowolnymi wielkościami. Mogła to być spółka akcyjna, biurokracja państwowa albo forma mieszana, jak w kombina­tach realnego socjalizmu lub spółkach z udziałem skarbu pań­stwa, takich jak niemieckie zakłady energetyczne. Faktycz­nie wszystkie te struktury mniej lub bardziej wypróbowano w praktyce i jak dotąd SA okazuje się najbardziej skuteczną.

Nad wspomnianymi wyżej formami organizacyjnymi du­żego przedsiębiorstwa, w obliczu złożoności jego zadań, prywatne spółki akcyjne posiadają ogromną przewagę: mają konkurencję. Jeśli branża taka jak produkcja stali jest sprywa­tyzowana, regularnie któreś z wielu przedsiębiorstw próbuje wysforować się na pierwszą pozycję i zawsze sięga po nieczy­ste, a w dodatku rujnujące metody, by wykluczyć konkuren­cję z gry. W większości przypadków dzieje się tak kosztem klientów, serwisu i mocy innowacyjnej lub poczucia bezpie­czeństwa. W wydającym nam się dzisiaj naturalnym mono­polu, jakim jest obsługa sieci kolejowej, ówcześni właściciele musieli liczyć się z wysokim stopniem zużycia materiału, by przez możliwie niskie inwestycje móc kasować możliwie duże dywidendy – strategia śmiertelnie niebezpieczna dla klien­tów. Kwestią decydującą o przetrwaniu przedsiębiorstwa było jednak nie tyle to, czy zostanie zaakceptowane przez potencjalnego klienta, lecz czy uda mu się uniknąć przejęcia przez konkurencję. Około 1870 roku nie tylko w USA, ale głównie tam, rozgrywały się najbardziej nieapetyczne walki o przejęcie, jakie kiedykolwiek przeżyła giełda.

A w samym środku tych zaciekłych walk w roku 1874 pojawił się pełen nadziei wynalazca. 13 sierpnia tamtego roku uratował imperium Johna Goulda, tak dalece mody­fikując opatentowany przez konkurencję przekaźnik, że prawna ochrona wynalazku przestała obowiązywać i Gould mógł wzdłuż swoich linii kolejowych powiesić też linię te­legraficzną. Wynalazca otrzymał za to całe 1000 dolarów. Wkrótce potem musiał się zmierzyć z tym rabusiem. „Gould nie odczuwał dumy ze stworzenia od podstaw przedsiębior­stwa. Chodziło mu tylko o pieniądze, wyłącznie o nie”. Nikt nie może tego powiedzieć o Tomaszu Alvie Edisonie.