„To tak, jak pilnowanie czarnych świń nocą…”

"To tak, jak pilnowanie czarnych świń nocą..."

Pierwsze wielkie majątki, które zrodziły się na Wall Street, były jeszcze dość podejrzanej proweniencji – chodziło o ma­jątki baronów kolejowych z okresu po amerykańskiej wojnie domowej. O ówczesnych praktykach była mowa już wcześ­niej. Cornelius Vanderbilt doszedł w ten sposób jako pierw­szy Amerykanin do majątku w wysokości ponad 100 milio­nów dolarów. Na liście najbogatszych Amerykanów wszech czasów czasopisma „Forbes” z roku 1999 wylądował on za Rockefellerem i niemal zaraz za Andrew Carnegie’em na trzecim miejscu – jego 105 milionom dolarów odpowiadało w roku 1999, licząc udział w PKB, 95,5 miliarda dolarów, prawie o połowę więcej niż naliczono numerowi jeden: Ro­ckefellerowi.

Jeszcze pod koniec XIX wieku stosunki na Wall Street nie wystarczały, by wzbudzić zaufanie do powagi amerykań­skiego rynku kapitałowego. Również sposób, w jaki Tomasz Alva Edison został wyfuzjowany z własnego przedsiębior­stwa, nie był szczególnie chlubną kartą amerykańskiej kul­tury akcyjnej. Wall Street cieszyła się w tym czasie podobną opinią jak dzisiaj giełda w Szanghaju: wysoce ryzykowne miejsce finansowe z obiecującym emerging market, opano­wanym przez tubylców, którzy wedle własnego widzimisię decydują, czy grać czystymi, czy znaczonymi kartami. „Spe­kulowanie, jeśli się nie jest miejscowym, jest jak pilnowanie czarnych świń nocą” – zauważył legendarny spekulant Da­niel Drew, a wiedział, o czym mówi.

Z tego mętnego punktu wyjścia aż do przełamania się kapitału światowego Wall Street potrzebowała niespełna sześćdziesięciu lat i trzech wielkich kroków. O krok pierw­szy zatroszczyła się w roku 1895 bardzo widzialna mocna ręka, drugi nastąpił w roku 1934 wraz z wprowadzeniem potężnej policji, a trzeci związany był z wynalezieniem no­woczesnego funduszu emerytalnego w roku 1950. Ale po kolei.