Prosty trik niemieckiego króla kolei żelaznej

Prosty trik niemieckiego króla kolei żelaznej

We wrześniu 1862 roku Fryderyk Engels dał swojemu przyjacielowi Karolowi Marksowi, przebywającemu właś­nie w Londynie, wgląd w aktualny stan niemieckich dusz: „Największym człowiekiem Niemiec jest bez wątpienia Strousberg. Ten człowiek będzie następnym cesarzem nie­mieckim. Dokądkolwiek się pójdzie, wszyscy mają na us­tach jego imię”. Gazety i czasopisma wnikliwie zajmowały się wszystkim, co uczynił, pomyślał lub też rzekomo uczynił i pomyślał Strousberg, tworząc przy okazji mit „człowieka, który może wszystko”. „Jego portret – opisywał w roczniku niemieckich inżynierów Gottfried Reitbóck – wisiał w ok­nach wystawowych obok portretów Bismarcka oraz ma­łej Luccii, która przybyła z wiedeńskiego Hofburga i była wówczas ulubienicą Berlina”. Strousberg wydawał się wy­rastać na, jak to określił jeden z ówczesnych dziennikarzy, „nababa, jakiego jeszcze nie było, który wpłynie na finanse kraju, ba, może i całej Europy, który mając na względzie je­dynie swe dalekosiężne plany, odrzuca pomysły, które tylko łechcą jego ambicję i żądzę pieniędzy”.

Pomysł Strousberga był prosty i tylko częściowo nie­uczciwy. Do budowy odcinka kolei żelaznej zaangażował generalnego wykonawcę, który był odpowiedzialny za pra­ce przygotowawcze, główne i dodatkowe, a ponadto zgo­dził się, by zapłacono mu akcjami tworzącej się spółki kolei żelaznej. W ten sposób zarówno generalny wykonawca, jak i założyciel spółki ponieśli swoje koszty, ale kapitał akcyjny został wywindowany wyżej, niż faktycznie wynosiły koszty budowy. Podczas gdy wydatki wyniosły 3 miliony talarów, akcje posiadały wartość nominalną w wysokości 6 milio­nów. Papiery o wartości nominalnej 4 milionów otrzymało przedsiębiorstwo budowlane, resztę ulokowano na giełdzie, wpływy z tego były zyskiem brutto założyciela. Żeby świeżo upieczeni akcjonariusze za szybko się nie zorientowali, że połowę swoich pieniędzy wyrzucili w błoto, w pierwszych dwóch latach gwarantowano jeszcze i wypłacano z zysku grynderskiego wysokie dywidendy – w końcu kolej wciąż była w budowie i sama nie mogła przynosić zysków Ale czysty zysk założycieli był i tak imponujący, jak na tak dużą ilość gorącego powietrza.

Triku tego nie wykonano co prawda bezpośrednio przed nosem zachwyconej publiczności, ale był wystarczająco łatwy do przejrzenia, by pojawiły się setki naśladowców. W samych tylko latach 1871 i 1872 w Prusach powstało 728 spółek akcyjnych, czyli ponad dwa razy tyle, ile było ich w sumie jeszcze w 1870 roku. Nie chodziło tu o ja­kość spółek; i tak Freiherr von Wethern założył Zjednoczo­ne Zakłady Odrzańskie, obiecujące 19 procent dywidend z kapitału akcyjnego, chociaż składały się nań zaledwie ko­palnia gliny i cegielnia. Na kapitał Kopalni Torfu z Mar­chii składało się jedno jedyne torfowisko. Miało być ono jednak warte 210 000 talarów, w końcu jego właściciel, pewien Frankończyk o nazwisku Frankel (czyli po polsku Frankończyk) sprzedał je założycielowi spółki dokładnie za taką sumę.

O najbardziej absurdalnym założeniu spółki opowiada jednak Charles Mackay. W samym szczycie boomu giełdo­wego wokół spółki South Sea Company pojawił się mężczy­zna chcący stworzyć spółkę akcyjną. Cel jego biznesu to: założenie intratnego przedsiębiorstwa o którego przedmio­cie działalności, nikt by nic nie wiedział. Obiecane dywi­dendy to 100 procent rocznie. Kapitał akcyjny: 500 000 funtów w 5000 akcji po 100 funtów, z czego wypłata 2 pro­cent miała nastąpić natychmiastowo, a reszta po założeniu. W ciągu pięciu godzin, według powołującego się na „po­ważne źródła” Mackaya, sprzedano 1000 akcji, uzyskując za nie 2000 funtów, z którymi dziwaczny założyciel zniknął gdzieś na zawsze.