Podwójne podatki dla prowincji, zero podatków dla stolicy

Podwójne podatki dla prowincji, zero podatków dla stolicy

Pierwszy wariant systemu danin polegał na tym, że pod­niesienie podatków przekazano w ręce dzierżawców podat­ków, czyli sprywatyzowano. Dzierżawcy podatków pocho­dzili zazwyczaj ze stanu rycerskiego (ekwitów), czyli niższej szlachty. Płacili państwu z góry ustaloną dzierżawę i otrzy­mywali za to na określony czas zwierzchność podatkową nad danymi regionami. Im wyższe podatki udało im się za­tem wycisnąć z danego obszaru, tym większy był ich. zysk. Dlatego wyciskali.

Drugi wariant w zadziwiający sposób przynosił korzy­ści zarówno patrycjuszom, jak i proletariuszom. Było to rzymskie wydanie demokracji. Najważniejsze stanowiska w Rzymie wybierano co roku na Zgromadzeniu Ludowym. Kto chciał zostać kwestorem, edylem, cenzorem lub konsu­lem, musiał prowadzić kampanię wyborczą. A ta oznaczała w Rzymie chleb i igrzyska. Darmowe zboża i olej, festyny ludowe i walki gladiatorów – im więcej, tym lepiej. Państwo delegowało zatem na którąś z publicznych funkcji tego, kto bardziej się zadłużył. Ale zwykle tylko na krótko, ponieważ wybrańcom po okresie rocznego urzędowania zlecano ad­ministrowanie którąś z rzymskich prowincji, a z wpływów z tej intratnej posady mogli spłacić długi i zgromadzić ma­jątek.

Oczywiście system miał i słabe punkty. Współistnienie dzierżawców podatkowych i namiestników prowincji pro­wadziło często do tarć i procesów o udział w łupie. Skarga Cycerona przeciwko namiestnikowi Sycylii Verresowi z roku 70 p.n.e. maluje niezwykle plastyczny obraz ówczesnych stosunków: lista zarzutów jest długa – od kradzieży przez szantaże, aż do zbrodni na tubylcach, a nawet obywatelach rzymskich. Zaś przegrany w wyborach, tonąc w długach, stanowił problem przynajmniej dla swoich wyznawców. Je­den z nich, Katylina, podjął nawet próbę zamachu stanu po tym, jak trzykrotnie przegrał w wyborach. Ale suma summa­rum państwo, warstwy wyższe, średnie i niższe rzymskiego społeczeństwa korzystały na takim systemie podatkowym, który nie obowiązywał oczywiście w Rzymie. Można było „ściągnąć tak dużo podatków, że lud rzymski nie musiał już płacić”, jak opisuje to w tamtym czasie Plutarch. Reszta mo­carstwa płaciła za to rachunek.

Skoro kandydaci na wysokie urzędy się zadłużali, musiał istnieć ktoś, u kogo mogli się zadłużyć. A jako że nie było jeszcze banków, ci, którzy nie mogli opłacić swoich kampa­nii wyborczych z rodzinnego majątku, udawali się do naj­bogatszych mężów w mieście, a zarazem na całym-świecie. Owa finansowa elita podejmowała arbitralną decyzję o tym, kto się nadaje na polityka. Ten, kto nie był finansowany, nie mógł też zostać wybrany.