Pięciu nowobogackich braci na europejskich szosach

Pięciu nowobogackich braci na europejskich szosach

Rothschildowie to wówczas pięciu braci – dorobkiewi­czów, którzy robili interesy w Londynie, Paryżu, Frank­furcie, Wiedniu i Neapolu, będąc przy okazji na bieżąco z ogólną sytuacją. Ich nazwisko nie było jeszcze symbolem wielkiego bogactwa, ale prywatny system przekazywania informacji na pewno był w tamtych czasach najlepszy. Dyliżansy pocztowe Rothschildów kursowały po europejskich szosach, często z którymś z braci, ale jeszcze częściej bez ni­kogo w roli pasażera; statki Rothschildów przecinały kanał La Manche; posłańcy Rothschildów zaopatrywali ich biura w europejskich centrach finansowych w gotówkę, papiery wartościowe, listy, plotki i wiadomości – a ponieważ wiele z otrzymanych w ten sposób informacji miało charakter eks­kluzywny, czyli nie znał ich żaden z konkurentów, mogli je spożytkować na giełdzie, zapewniając sobie zyski.

Jednak żadna informacja nie obiecywała większego zy­sku, niż ta o wyniku bitwy pod Waterloo. Europejczycy na wiele dni z niepokojem wstrzymali oddech, podobnie jak londyńska giełda: gdyby Napoleon wygrał, kurs consols, tak nazywały się ówczesne pożyczki państwowe, musiałby spaść. Gdyby jednak książę Wellington zgotował francuskie­mu cesarzowi klęskę, oznaczałoby to z kolei wzrost kursów brytyjskich papierów państwowych. Przez trzydzieści go­dzin losu Europy nie dało się dojrzeć poprzez kłęby procho­wego dymu z armat na polu bitewnym pod Waterloo. Tele­graf jeszcze nie został wynaleziony; maklerom nie pozostało nic innego, jak czekać w Londynie na wiadomości. Jedynie Nathan Rothschild nie czekał w Londynie, tylko w porcie Folkestone. A w Ostendzie czekał statek.

Po południu 19 czerwca 1815 roku na statek ten wsiadł Mr. Rothworth, jeden z agentów Rothschildów, z holender­ską gazetą, której druk nie zdążył jeszcze wyschnąć. O świ­cie 20 czerwca Nathan Rothschild przeleciał wzrokiem na­główki gazety. Bezpośrednio po tym udał się do Londynu: najpierw do siedziby rządu – był na miejscu kilka godzin wcześniej niż kurier Wellingtona – żeby oznajmić o porażce Napoleona, a potem na giełdę.

Każdy inny ulokowałby wszystko, co miał, w consols. Ale nie Nathan Rothschild. Stał bez ruchu przy „swojej” kolum­nie na giełdzie. Nie skupował papierów. On je sprzedawał. W zawrotnych ilościach.