Papież finansuje armię swego syna

Papież finansuje armię swego syna

Francesco Matarazzowi sprawa wydawała się jasna. W swojej kronice miasta Perugii prowadzonej w latach 1492-1503 nazwał Cezara Borgię najbogatszym człowie­kiem Italii. „Zgromadził tak wiele skarbów i posiadłości, że można by sądzić, iż nie ma drugich takich w całej Italii, ani nie było nigdzie w Italii tak nieskończonej liczby dobrze wyposażonych w konie i odzianych w brokaty żołnierzy”.

Klasyczny przykład na to, jak bardzo można się pomylić, gdy utożsami się stopień rozrzutności z rozmiarem boga­ctwa. Cezar Borgia uważany był za niebywale majętnego, ponieważ żył wystawnie i wydawał pieniądze pełnymi gar­ściami – jednak w istocie był raczej przeciwieństwem boga­cza. Cezar potrzebował 1000 dukatów dziennie, by podczas wypraw wojennych móc opłacić swoich żołnierzy, jednak inaczej niż jego imiennik i wzór Juliusz Cezar nie mógł li­czyć na kredyt: w renesansowych Włoszech polityczna i mi­litarna sytuacja była jeszcze bardziej mętna niż w Rzymie u schyłku republiki, a zamożne rodziny, takie jak Medyce- usze we Florencji czy Sforzowie w Mediolanie zupełnie nie zabierały się za to, by pnącemu się w górę udzielić środków, aby ten mógł dostać w swoje ręce całe Włochy. Pilnowali raczej swoich lokalnych politycznych interesów.

Cezar Borgia był zatem skazany na pieniądze swojego ojca Rodryga. A ten w końcu nie tylko pochodził z najbogatszej hiszpańskiej rodziny, ale od 1492 roku, jako papież Aleksan­der VI, był również przywódcą chrześcijaństwa. Lecz choć papież wyciskał ze swojego urzędu, ile się dało, chociaż ka­zał sobie sowicie opłacać każdą nominację kardynalską oraz przekazywał synowi datki faktycznie zbierane na cele wypra­wy krzyżowej przeciwko Turkom, pieniędzy nigdy nie było dosyć: ilekolwiek by ich zdobył, dowódca wydał wszystko.

Skłonność ludzi, by uważać za arcybogacza kogoś, kto szasta pieniędzmi na lewo i prawo, jest powszechna od wie­ków. I równie powszechni są pozerzy, czyli rzekomi bogacze, którzy mamią swoje otoczenie, klientów i opinię publiczną wizją bogactwa, którego w istocie nie posiadają.

Pozorne bogactwo może się ujawniać na dwóch płaszczy­znach: prywatnej – poprzez wystawny styl życia, sugerujący istniejący majątek, lub gospodarczej – poprzez zbyt kosz­towną inwestycję, która z punktu widzenia przedsiębior­stwa jest w wysokim stopniu irracjonalna, ale, przynajmniej teoretycznie, w końcu może przynieść jakiś realny zysk.

Cezar Borgia opanował oba te sposoby. To, że tak bogato wyposażał swoich żołnierzy, nie było po prostu czystym mar­notrawstwem, lecz przemyślaną metodą biznesową. Włochy roiły się w tamtym czasie od żołdaków i kondotierów. Do tego, kto płacił więcej lub zapewniał największe widoki na łupy, ciągnęli najlepsi żołnierze. Możemy to sobie wyobra­zić jako coś na kształt dzisiejszego rynku pracy dla zawodo­wych piłkarzy lub inwestorów bankowych. Inne z twierdzeń Matarazzo już bardziej odpowiada prawdzie: „Największy rozkwit stanu żołnierskiego zawdzięcza się jemu, ponieważ miał po swojej stronie najsławniejszych kondotierów i cie­szył się nieustannym przypływem żołnierzy”. Gdyby Cezar Borgia kiedykolwiek dotarł do celu swoich wypraw, być może doszedłby do godnych Cezara bogactw. Ale tak daleko nigdy nie udało mu się zajść. Wraz ze śmiercią ojca w roku 1503 zakończyła się i kariera Borgii. Nowy papież Juliusz II zmusił go do rezygnacji z panowania nad Romanią i skon­fiskował jego majątek, by zadowolić wiernych, a wreszcie w roku 1504 pojmał i deportował do Hiszpanii. Tam król Nawarry, szwagier Cezara, zaangażował go ponownie jako dowódcę armii, a ten podczas tłumienia rebelii zginął w jed­nej z bitew w roku 1507, skończywszy właśnie 31 lat.