Ostateczna rozgrywka między księciem i kupcem

Ostateczna rozgrywka między księciem i kupcem

Określenie drugiej metody Fuggera słowem „korupcja” byłoby może zbyt bezceremonialne. Chodziło tu raczej o „dbanie o pejzaż polityczny” w sposób, w jaki robił to Friedrich Karl Flick (niemiecki przemysłowiec, przekazy­wał milionowe darowizny partiom politycznym, za co przez późniejszego ministra finansów został zwolniony z zapła­ty miliardowego podatku – przyp. red.) w latach siedem­dziesiątych XX wieku. Każdy, kto miał coś do powiedzenia w urzędzie finansowym Maksymiliana, czyli w Innsbruckiej Izbie Rachuby, a także niejeden osobisty doradca cesarza znajdował się na liście podarunków Fuggera. W sprawach spornych mogło to przechylać szalę w stronę oferty Fuggera, nawet jeśli inne propozycje bardziej by się Maksymilianowi opłaciły. Okoliczność ta okazała się szczególnie pomocna, gdy w 1492 roku doszło do ostatecznej rozgrywki między cesarzem a kupcem. Fugger odmówił Maksymilianowi no­wej pożyczki, ponieważ nie spodobały mu się jej warunki, a solidarność finansowych zachowań Habsburgów pozosta­wiała wiele do życzenia. Zamiast targować się z augsbur­skim dorobkiewiczem, Maksymilian zwrócił się do starych, a tymczasem całkowicie zepchniętych na bok konkurentów Fuggera. Jakub dowiedział się jednak tego od samych kon­kurentów i zagroził, że niezwłocznie i nieodwołalnie wycofa się z Tyrolu i wszelkich interesów z domem Habsburgów…, po czym zatroszczył się, by ta nowina w pierwszej kolejności trafiła do Innsbruckiej Izby Rachuby. O tym, że w takim wy­padku z dnia na dzień ustałyby wszelkie dodatkowe wpływy dla pracujących tam urzędników, nie musiał już wspominać. Po intensywnych naciskach ze strony urzędników i dorad­ców Maksymilianowi nie pozostawało nic innego, tylko odnowić stosunki z domem Fuggera i kontynuować je na gorszych warunkach.

Co najmniej równie aktualna jest metoda, za pomocą której Fugger zapewnił sobie panowanie nad węgierskimi złożami miedzi: wysłał tam podstawionego, zupełnie nie­znanego w kręgach finansowych człowieka, inżyniera Jana Thurzo. Za pieniądze Fuggera Thurzo, nie wzbudzając po­dejrzeń, wykupił wszystkie kopalnie miedzi na Węgrzech lub zawarł z ich właścicielami długoterminowe umowy dzierża­wy. Gdyby Fugger od początku działał z podniesioną przy­łbicą, musiałby po pierwsze zapłacić o wiele wyższe ceny, a po drugie raczej wątpliwe, by cała miedź Karpat dostała się w jego ręce.

Po zwieńczonej sukcesem wycieczce w świat finansów Thurzo oddał się na powrót zadaniom, do których Fugger faktycznie go zaangażował. Przejął zarządzanie kopalniami i w ciągu krótkiego okresu podwoił, a nawet potroił ich zysk. Prości górnicy na tym co prawda nie skorzystali, ale ich główny menedżer owszem, partycypował w zyskach wy­nikających ze zwiększenia produktywności; i chociaż Fug­ger praktycznie w pojedynkę finansował przedsiębiorstwo pod osobliwą nazwą „Powszechny Handel Węgierski”, Thurzo był udziałowcem posiadającym takie same uprawnienia, czyli przypadało mu 50 procent zysku.

 

Działające międzyregionalnie przedsiębiorstwo handlo­we, które w dodatku w wielkim stylu wkroczyło w branżę wydobywczą – to dokładnie ta kombinacja, bez której nie mógłby zaistnieć wielonarodowy koncern. W samym tylko 1492 roku tyrolskie kopalnie przyniosły mu pół miliona srebrnych guldenów – ok. 20 ton. Jakiemu obcemu spedy­torowi można by powierzyć setki wozów ze srebrem, jakie­mu partnerowi zajęcie się zbytem? Nie, Fuggerowie musieli to zrobić sami. I dlatego w całej Europie tworzyli przedsta­wicielstwa.

Również w tej dziedzinie Jakub opracował nowatorską metodę. Najpierw wyszukiwał sobie zasiedziałego, ale fi­nansowo zagrożonego kupca. Proponował mu szczodry kredyt w zamian za cichą współpracę, żeby dowiedzieć się wszystkiego, co istotne na temat jego firmy. Skoro tylko zdobył w ten sposób konieczną wiedzę i kontakty, Fugger wykupywał partnera lub doprowadzał go do bankructwa. A jako namiestnika umieszczał przedstawiciela (dzisiaj na­zywałby się area manager), który miał nie tylko porządnie pracować, ale jeszcze niewiarygodnie dobrze zarabiał: jego dochód był dwu-, trzykrotnie wyższy od pensji już wtedy dobrze opłacanego profesora akademickiego.