Nikt nie zostaje miliarderem tak jak Wujek Sknerus

Nikt nie zostaje miliarderem tak jak Wujek Sknerus

W najlepszym wypadku to zaledwie półprawda. Ponie­waż Banks nie odmawia swojej postaci autentycznego prag­nienia, by stać się najbogatszym człowiekiem na Ziemi (gdy­by akurat nie był kaczką). Ale z całkowitą pewnością można wykluczyć taką możliwość: ktoś, kto zachowywałby się jak

Wujek Sknerus, nigdy nie mógłby zostać najbogatszym czło­wiekiem świata. Zatrzymałby się gdzieś na pozycji jednego z wielu multimilionerów albo nawet, z dużym prawdopodobieństwem, zbankrutowałby. Ponieważ:

Wujek Sknerus rozmienia się na drobne. Nie ma pola dzia­łalności, z którego by zrezygnował, o ile tylko przynosi od­powiednio dużo pieniędzy. Czy to poszukiwanie skarbów, czy wyroby garncarskie, czy też lody miętowe, wszystko jed­no, byle przynosiło zyski. W fazach początkowych, gdy na rynku istnieje wiele nisz do zagospodarowania, które tylko czekają, by je odkryć, może się to sprawdzać. Przestaje jed­nak działać w fazach konsolidacji, w których na rynku mogą się utrzymać jedynie najtańsi, najszybsi, a jednocześnie naj­lepiej dostosowani do jego warunków oferenci. Najpóźniej wtedy „bezprofilowcy” tacy jak Wujek Sknerus wypadają z gry, jeśli nie ograniczą się do prowadzenia rodzaju controllingu finansowego, a pozostałych spraw nie powierzą swojemu zarządowi. Ale Sknerus musi przecież osobiście podejmować wszelkie decyzje operacyjne.

Praktycznie wszyscy superbogacze, którym będziemy towarzyszyć podczas naszej wędrówki po historii, zawęża­li swoje pole działania. Do jednego produktu, branży, łań­cucha tworzenia wartości, metody. Jeśli zarobili na czymś wielkie pieniądze, czy to na oprogramowaniu, czy też na plądrowaniu miast, to tego się już trzymali. Ciągłe zwra­canie się ku nowym wyzwaniom, bardziej ekscytującym, ambitnym czy opłacalnym, lepiej pasuje do dziedzin takich jak literatura czy sztuki piękne – w ekonomii natomiast spo­tykamy je tylko u tych przedsiębiorców, którzy wciąż nie znaleźli przynoszącego odpowiednie zyski pola działalności i z tego powodu skazani są na dalsze eksperymentowanie. Za to ci, którzy odnieśli sukces, pozostają wierni zasadzie Henry’ego Forda; „Lepiej poświęcić wszystkie siły, by udo­skonalić jeden pomysł, zamiast wciąż poszukiwać innych, nowych. Dobry pomysł oferuje dokładnie tyle, ile można wykonać na raz.”

Wujek Sknerus nie pozwala pracować swoim pieniądzom. Już samo tylko wyobrażenie, że musiałby wyciągnąć gotów­kę ze skarbca, jest dla niego mordęgą. W bardzo ograniczo­nym zakresie inwestuje w wyprawy odkrywcze i innowacje, ale tylko wówczas, gdy spodziewa się krótkoterminowych zysków. Złoto z jego skarbców nie podlega inflacji, ale nie przynosi też żadnych odsetek. Jeszcze gorzej sprawa ma się z nagromadzoną gotówką. Nie przynosi żadnych zysków, powoduje koszty zabezpieczenia i utrzymania, a prócz tego podlega jeszcze procesom dewaluacji: w skarbcu wypełnio­nym do 20 metrów wysokości przy dwuprocentowej inflacji w jednym tylko dniu ubywa jeden milimetr siły nabywczej!

Wujek Sknerus gardzi swoimi klientami. Szczególnie fatal­na w skutkach jest jego wciąż dochodząca do głosu skłon­ność, by w imię doraźnej korzyści finansowej wystawiać na próbę relacje z klientami – czytaj: tak zwodzić własnych klientów, że następnym razem zostawiają pieniądze u kon­kurencji. W jednym z komiksów Carl Barks we własnej oso­bie kreśli tego drastyczny przykład: Wujek Sknerus zakłada bezpłatną kolejkę linową, podczas gdy konkurencja żąda za to co najmniej talara. Dotarłszy do górnej stacji, narciarze przekonują się jednak, że ze stoku nie da się zjechać. A za po­wrót Sknerus kasuje po trzy talary. „Nigdy więcej”, zauważa całkiem słusznie na ostatnim obrazku jeden z oszukanych. Ten, kto podobnie jak Wujek Sknerus, poleca własnym fa­brykom obuwia, by każdą parę butów oznaczały niewłaści­wą numeracją, tylko po to, by móc sprzedać większą ilość maści na odciski, może na krótką metę zwiększyć zyski. Ale z branży obuwniczej wypadnie najdalej w trzecim sezonie, a jeśli jeszcze zacznie mu deptać po piętach amerykański adwokat, sąd konsumencki obłoży go tak wyniszczającą grzywną, że nawet fantastylioner może ją bardzo odczuć.

Wujek Sknerus jest nieludzki. No dobrze, kaczki nie są ludźmi, więc nie mogą być ludzkie. A i stosunków z włas­ną rodziną z reguły nie można uogólniać do woli. Ale to, jak Wujek Sknerus obchodzi się ze swoimi pracownikami, szczególnie zaś kadrą kierowniczą, nie daje szans, by stał się szefem setek tysięcy pracowników. Ponieważ do tego potrzebowajby menadżerów, do których miałby zaufanie, lojalnych, wiernych również w czasach kryzysu. Jednak je­śli w którymś z komiksów pojawia się już jakiś m&nedżer, to zazwyczaj znajduje się po drugiej stronie linii telefonicz­nej, kiedy to patriarcha Sknerus wykwakuje do słuchawki polecenie wymagające niezwłocznej realizacji: „Chcę, aby wszystkie pieniądze przewidziane dla półkuli północnej zo­stały przesunięte na półkulę południową! – Ale… – Żad­nych ale. Kto dyskutuje, ten wylatuje!”.

W przypadku żadnego z jego pracowników nie mamy wrażenia, by chętnie pracował dla Sknerusa. Dręczyciel i dusigrosz, nie stwarzający swoim podwładnym możliwości rozwoju, który wszystko wie lepiej i który całe powodze­nie przypisuje sobie i wszelki zysk zagarnia oczywiście dla siebie, zwykle nawet nie zbliża się do progu miliarderów, zatrzymany tarciami wewnątrz własnej firmy.

Skoro wszystkie te cechy dyskwalifikują Wujka Sknerusa jako realnego bogacza, to dlaczego od dziesięcioleci ucie­leśnia właśnie tę grupę? Po pierwsze, ponieważ nie wiemy

–      to trudno pojąć, gdyż pozory świadczą o czymś innym

–      że wypełnione po brzegi skarbce nie świadczą o mega-bogactwie, lecz o megagłupocie. Po drugie, ponieważ nie chcemy wiedzieć, chętnie i konsekwentnie podejrzewamy każdego, kto ma szczególnie dużo pieniędzy, że doszedł do nich zabierając coś sprzed nosa innym (czyli nam).