Na początku byt śledź

Na początku byt śledź

Waldemar popełnił straszne faux pas, roszcząc sobie pre­tensje do dwóch rdzennych hanzeatyckich ośrodków: Gotlandii i Skanii. W roku 1161 wszystko zaczęło się od zało­żenia „Towarzystwa Niemców Odwiedzających Gotlandię”. A Niemcy odwiedzali Gotlandię, gdyż znajdował się tam główny rynek zbytu dla najbardziej lukratywnego dobra na sprzedaż w ówczesnej Europie Północnej: śledzia.

W cieśninie bałtyckiej między Zelandią a Skanią było ich całe mnóstwo. Duński dziejopisarz Saxo Grammaticus wspomniał o tym pod koniec XII wieku: „W całym morzu tak roi się od ryb, że statki czasami zatrzymują się i nawet za pomocą wioseł trudno im się znowu ruszyć, i nie muszą używać sztucznych narzędzi, tylko mogą łowić gołymi rę­kami”. Równie masowy był w Niemczech popyt na ryby – tradycyjną potrawę postną. Przy ówczesnych 140 dniach postnych w roku ryby należały do tych rzadkich produk­tów, w przypadku których istniała duża gotowość płatnicza w ubogich i utrzymujących się zwykle z własnych gospo­darstw mieszkańców Niemiec.

Łowienie śledzi nie przysparzało zatem trudności. Ich sprzedaż na niemieckich rynkach też. Należało je tylko do­starczyć w stanie nadającym się do spożycia. I ten problem rozwiązywała Hanza. Statki handlowe, legendarne banse- koggi załadowywano lubecką i luneburską solą, którą peklo­wano ryby, przedłużając tym samym ich trwałość; pomor­skie miasta dostarczały setek tysięcy drewnianych beczek do transportu. A przewoźnicy z Hanzy załadowywali beczki pełne śledzi na swoje kogi, transportowali do portów macierzystych i sprzedawali na targach rybnych. Drobni kupcy zaopatrywali się tam na potrzeby cotygodniowych targów w samym mieście i jego okolicy, zaś więksi kupcy transpor­towali towar w głąb kraju.

Dzięki temu wąskiemu, lecz solidnemu fundamentowi kupcy z Hanzy mogli pomyśleć o wychyleniu nosa spoza sieci rybackiej, ponieważ w północnej Europie praktycznie nie istniały lądowe szlaki handlowe. Teren był słabo zalud­niony, puszcze nieprzebyte, a ponadto istniało zagrożenie obrabowania przez dzikie ludy, jak choćby Litwinów. Za to drogą morską wzdłuż wybrzeży Morza Północnego i Bałty­ku można było względnie szybko i bezpiecznie przewozić duże ilości towarów na długich odcinkach. Im dłuższe były te odcinki, tym większy był i zysk: między Lubeką i Rostokiem nie było dużo dóbr, które opłacało się transportować; to, co mieli jedni, mieli i drudzy. Ale na trasie między Rosją a Flandrią sprawa miała się już inaczej. Cztery potężne przy­czółki, z klasyczną hanzeatycką powściągliwością określane jako „kantory”, związane były z czterema najważniejszymi wówczas dobrami handlowymi: Nowogród nad rosyjskim jeziorem Ilmień był miastem przeładunkowym futer, Bergen w Norwegii dostarczał suszonych ryb, Londyn wełny, a Brugia wytwornego sukna.