Między służbą a wyzyskiem

Między służbą a wyzyskiem

To podejrzenie jest jak najbardziej usprawiedliwione, gdy idzie o grę z wynikiem zerowym, czyli tylko o to, jak istnie­jącą ilość pieniędzy lub dóbr podzielić między daną liczbę ludzi. Jednak w przypadku dynamicznego kapitalizmu, z ja­kim obecnie mamy do czynienia niemal na całym świecie, podejrzenie jest całkowicie nieuzasadnione – przynajmniej w teorii. Szwedzki radykalny liberał Johan Norberg niedaw­no sformułował to wyjątkowo kategorycznie: „Jedyny moż­liwość, by wzbogacić się na wolnym rynku, to dać ludziom dokładnie to, co pragną mieć i za co dobrowolnie zapłacą. Nieco upraszczając, można by powiedzieć, że: im większe są czyjeś dochody, tym więcej uczynił, by zaoferować in­nym to, czego pragną. Zarobić można tylko robiąc coś dla innych”.

W praktyce superbogacze na przestrzeni dziejów wahali się między służbą a wyzyskiem. Bo choć spora grupa przed­siębiorców może dobrze żyć z oferowania na wolnym rynku tego, na co ludzie dobrowolnie wydadzą pieniądze, to jed­nak trudno w ten sposób zostać multimiliarderem. W tym celu trzeba już w jakimś stopniu ograniczyć wolność rynku i zmusić ludzi, by zapłacili za coś więcej, niż wydaliby do­browolnie. I choć trudno tu podtrzymać zarzut wyzysku, wyrażającego się w postawie Wujka Sknerusa, w odniesieniu do kapitalizmu jako takiego, to w przypadku najbogatszych z bogatych podejrzenie takie zawsze wisi w powietrzu.

Fascynacja, jaką budzi Wujek Sknerus, w małym stopniu ucierpi z powodu braku wspomnianych wyżej drugorzęd­nych cnót multimiliardera. Ponieważ konsekwentnie żyje za to cnotą podstawową, warunkiem sine qua non bycia boga­czem: zmysłem zarabiania pieniędzy. „Moim jednym zainte­resowaniem jest zarabianie pieniędzy” – stwierdza on sam. Jego krewni poznają to po samym tylko błysku w oku i po podobnych do brzęku gotówki w kasie dźwięków docho­dzących z jego głowy, gdy szanowny wuj właśnie wpada na złotonośną ideę. Podczas gdy Hyzio, Dyzio i Zyzio po pro­stu zadowoleni liżą sobie lody miętowe, Wujek Sknerus obli­cza właśnie, że zyski od obrotu lodami miętowymi wynoszą dokładnie 80 procent: – Muller! – krzyczy do słuchawki – Proszę niezwłocznie nabyć wszystkie fabryki lodów w kraju. Daję panu trzy minuty! – A potem mówi do siostrzeńców: – Ej, dzieciaki! To będzie najlepszy interes w moim życiu!

Skoro tylko wszystkie fabryki lodów znajdą się w moich rę­kach, zapewnię sobie monopol na lody miętowe i miliardy same zaczną wpadać mi do kieszeni.

Myśl o monopolu na lody miętowe może się wydać nie­co dziwaczna, ale to nie ona stanowi najważniejszy prob­lem. Istniały już równie osobliwe monopole, na przykład jeszcze w pierwszej ćwiartce dwudziestego wieku monopol na zapałki. A większość pomysłów, stanowiących zaczą­tek późniejszych multimiliardowych fortun, wydawała się współczesnym równie nieprawdopodobna, jak nam idea monopolu na lody miętowe. Wszyscy ci odnoszący sukce­sy przedsiębiorcy do wcielenia swoich pomysłów w czyn potrzebowali cechy, którą Wujek Sknerus posiada wręcz w nadmiarze: uporu. Potrzebowali woli, by ukształtować świat, a przynajmniej jego część, wedle własnych wyobra­żeń. A ponieważ nie działali jako politycy ani rzeźbiarze, tylko jako przedsiębiorcy, zatem zaliczają się, tak jak Wu­jek Sknerus, do pogardzanych przez felietonistów dziedzin, których reprezentanci trwonią całą swoją energię na coś, co jest zbyt niecne, by mogło zasługiwać na ich szacunek.

Mężczyźni pragną tylko jednego: seksu. Mężczyźni typu Wujka Sknerusa chcą wyłącznie czegoś innego: pieniędzy. Zaobserwowane nie tylko u Wujka Sknerusa (z definicji, jako postaci disneyowskiej, aseksualnego) wyparcie popę­du płciowego przez żądzę bogacenia się doczekało się już wielu wulgarnych i naukowych interpretacji psychologicz­nych. W tej książce nie będziemy się zbytnio, a właściwie zupełnie koncentrować na opiniach poniżej pasa. Ponieważ chcąc śledzić wpływ, jaki poszczególne osoby miały na bieg historii, w naszym przypadku – historii gospodarki, będzie­my im patrzeć przez ramię w trakcie pracy, nie zaglądając do sypialni.

Na koniec moglibyśmy nieco podryfować w stronę ezoteryki, dokładnie tak, jak stało się z Wujkiem Sknerusem w połowie lat dziewięćdziesiątych. Wtedy to rysownicy kazali mu – wraz z całkiem słusznie nieznośną dla niego

Brigittą McBridge – poszukiwać na Dalekim Wschodzie ta­jemnicy bogactwa, która wedle krążących pogłosek została odkryta przez sędziwego mędrca. Jednak gdy Wujek Sknerus w końcu poznaje ową tajemnicę, jego rozczarowanie nie zna granic. Brzmi ona bowiem: „Obejrzyj się za siebie i naucz się kochać to, co widzisz. Wtedy poczujesz się najbogatszym człowiekiem wszech czasów”. Wujek Sknerus opuszcza sta­ruszka, gotując się ze złości. Jednak sędziwy mędrzec pełen nadziei mamrocze za odchodzącym: „Być może któregoś dnia zrozumiesz tę tajemnicę i pojmiesz, że największym bogactwem na świecie jest miłość”.