Islam religią tolerancji

Islam religią tolerancji

Arabowie nie byli jedynym ludem koczowniczym, któ­ry wyruszał na podboje. Różne plemiona germańskie czy­niły to już wcześniej, podobnie jak Hunowie, wikingowie i Ugrowie. Ich wyprawy przetaczały się przez dany teren jak straszny, lecz przemijający huragan historii. Kto, podobnie jak Hunowie, zorientowany jest na łup, ten może zniszczyć struktury, nie zbuduje jednak nowych; kto jednak, tak jak Arabowie, zamierza krzewić religię mieczem, musi zadbać o to, by po wycofaniu wojsk życie toczyło się dalej. Dlate­go legendarne wyprawy, w trakcie których Arabowie zajęli pół Azji i całą północną Afrykę, od początku były pomyśla­ne w ten sposób, by zostawiać za sobą żyzne ziemie, a nie spustoszone tereny. To, że wyprawy zrodziły najpłodniejsze naukowo i najbardziej postępowe ekonomicznie państwo swojej epoki, należy jednak przypisać cnocie, o którą z dzi­siejszego punktu widzenia nie podejrzewalibyśmy akurat tej religii: tolerancji.

Islamscy najeźdźcy na obszarach im podległych pozwa­lali każdemu osiągać świętość wedle własnego uznania. Nie byli nawet zbyt zadowoleni, jeśli podbite ludy zmieniały wy­znanie na islam. Z tego prostego powodu, że prawowierny mógł płacić niższe podatki. Dhimmi, podatek od niewier­nych, był jednym z najbardziej obfitych źródeł finansowych państw islamskich. I tak założyciel religii Mahomet poleca w Koranie, by łagodnie obchodzić się z „ludźmi Księgi” czyli wyznawcami religii monoteistycznych: chrześcijaństwa i ju­daizmu. Ta kombinacja doprowadziła do tego, że w okresie zasługującego na tę ponurą nazwę średniowiecza obszary arabskiej dominacji przeżywały gospodarczy i kulturalny rozkwit.

Duży wkład we wspieranie gospodarki mieli islamscy władcy, troszczący się o planowość i bezpieczeństwo inwe­stycji. Kalifowie i emirowie mogli się od czasu do czasu po­zbawiać życia w walce o tron, ale zawsze można się było zdać na model społeczeństwa krajów arabskich. Ekono­miczny geniusz kalifów lub ich wezyrów nie był konieczny, by rozpędzić gospodarkę: najbardziej znaczący skok ekono­miczny w kraju delty osiągnęli kalifowie przez to, że od dru­giej połowy VIII wieku ponownie uruchomili tysiącletnią sieć kanałów nawadniających. Na kilka pokoleń uległy za­pomnieniu, wydane na pastwę losu; rolnicy porzucili suche pola, gdyż „gdzie nie ma wody, nie ma i życia”, jak mówi arabskie przysłowie. Jednak dzięki remontowi i rozbudowie kanałów w ciągu kilku dziesiątków lat Mezopotamia znów stała się żyznym kawałkiem lądu, jakim była już za panowa­nia Sumerów, Babilończyków, Asyryjczyków, Persów i Seleucydów.

Ponowne pustynnienie nastąpiło jeszcze szybciej 500 lat później. W 1257 roku wnuk Czyngis Chana, Hulagu, wkroczył do kraju wraz z 600 000 Mongołów. Jego dziadek przeżył w trakcie wojny z Bagdadem swoją jedyną porażkę w życiu i Hulagu miał jej nie powtórzyć. Poza przytłacza­jącą przewagą wojskową miał jeszcze po swojej stronie Ibn Alkami, zdradzieckiego wielkiego wezyra kalifa Mustasima. Po roku mongolskiej okupacji nic nie zostało z systemu irygacyjnego między Eufratem i Tygrysem. A kilka dni po kapitulacji Bagdadu, 10 lutego 1258 roku coś podobnego przydarzyło się stolicy. Pięć lat wcześniej zarejestrowano w Bagdadzie niemal 2 miliony mieszkańców, w sierpniu 1258 Mongołowie naliczyli zaledwie 972 osoby.