„Heinzelmann” robi psikusa okupantom

„Heinzelmann" robi psikusa okupantom

Jak ciężko przychodzi i jak długo trwa zniszczenie marki od trzydziestu lat można obserwować we frankońskim Fiihrt. Tam instalator z wykształcenia i majsterkowicz z zamiłowa­nia Max Grundig (1908-1989) w wieku 22 lat uczynił ze swojej pasji zawód. „Nie przyszedłem na świat po to, by być największym. Jako młody człowiek chciałem słuchać radia

–     powiedział w jednym z wywiadów krótko przed śmiercią.

–      Radio, to było słowo, które fascynowało mnie w takim stopniu, jak obecnie miliony młodych ludzi pojęcia wideo czy komputer. I gdy raptem pojawiła się okazja, by robić ra­dia, mój Boże, to oczywiście z niej skorzystałem”. W roku 1946 rozpoczął swoją karierę od niezłej hucpy: w Niemczech sprzedaż odbiorników radiowych była jeszcze zabroniona przez okupujące siły alianckie, ale zakaz nie obejmował pu­dełek, z których można było sobie skonstruować radyjko. Takie właśnie zaoferował Grundig pod rdzennie niemiecką nazwą „Heinzelmann” i od razu stało się popularne w ca­łej republice. Dzięki produkcji odbiorników radiowych (od 1948), magnetofonów (od 1951), a przede wszystkim telewi­zorów (od 1952) Grundig stał się wiodącym przedsiębiorcą europejskim w branży. Jednak od końca lat siedemdziesiątych z powodu rosnącej konkurencji z Dalekiego Wschodu znalazł się w trudnej sytuacji i nie mógł już odwrócić strat. Obroty i liczba pracowników zaczęły się kurczyć i przedsiębiorstwo stało kilka razy na krawędzi bankructwa, a nawet rzeczywi­ście było niewypłacalne. Ale jeśli istnieje jakiś majątek, który Grundig nadal posiada, to jest nim marka. Nadal.

Chociaż największe marki na świecie mają swoją oso­bowość: przedsiębiorstwa, które są za nie odpowiedzial­ne, czynią to obecnie bardzo rzadko. Kilka gigantów mar­kowych opanowało świat. W Nestle, Procter 6c Gamble, Unileverze, LVMH, Disneyu, UOrealu, by wymienić, tylko najważniejszych, zastępowalni menedżerowie pracują mniej lub bardziej w cieniu marki. Mogą spokojnie czekać, aż ist­niejące wciąż markowe przedsiębiorstwa wejdą w posiada­nie rodziny. Jak Oetker i Henkel w Niemczech, Ferrero we Włoszech czy Mars w USA. Kiedyś, w którymś pokoleniu spadkobierców, gaśnie zainteresowanie przedsiębiorstwem (jak ostatnio w przypadku Welli), kiedyś dołoży się do tego recesja czy błąd w zarządzaniu. Istnieją one również w Procters czy Nestle, ale tam zagrażają tylko marce, a nie istnie­niu. Za to, jeśli przedsiębiorstwo zależne jest głównie od jednej marki, położy się na łopatki, gdy tylko marka będzie miała jakiś problem.

Zadania, jakie w obecnych czasach należy jednocześnie rozwiązać, by wylansować daną markę, są tak złożone, że niemal niemożliwe wydaje się, by pojedynczy przedsiębiorca znikąd mógł przyczynić się do wypromowania jakiejś. Musi zgadzać się produkt, pozycjonowanie, odpowiednia rekla­ma musi pojawić się we właściwych mediach, produkt musi zostać tak umieszczony w sklepach, by klienci go zauważyli; żeby kupili go nie raz, ale i ponownie; stosunek ceny do jakości musi zostać odpowiednio wyważony, a i usługi mu­szą się zgadzać, i to w całym kraju, a najlepiej od razu na całym świecie, ponieważ jeśli komuś od razu udał się strzał w dziesiątkę, powiedzmy w Austrii, to na pewno pojawi się ktoś z wielkiego markowego koncernu i wprowadzi na ry­nek w Niemczech podróbkę.