Hamburg doskonali się w omijaniu podatków

Hamburg doskonali się w omijaniu podatków

Niebezpieczeństwo, że rząd może im popsuć interesy, kupcy z północnoeuropejskich miast hanzeatyckich zredu­kowali w tyleż prosty, co skuteczny sposób: reagowali sami. Dowódcy czy królowie nie mieli czego szukać w Hamburgu albo Lubece. Hamburgowi udawało się nawet przez jakiś czas unikać płacenia podatku, do którego był zobowiązany jako wolne miasto hanzeatyckie – w zasadzie bowiem leżał na terytorium Danii. Gdyby jednak Duńczycy wpadli na pomysł, „żeby ściągać od hamburczyków podatki, pokazano by im drzwi – w końcu Hamburg należał do Świętego Ce­sarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Dlatego cesarz Maksymilian I skarżył się niejednokrotnie, że hamburczycy „chcą z niego zrobić osła”.

Nie licząc sporadycznych powstań ludowych, zarząd miasta przez stulecia był w rękach kupców. Między inte­resami miasta i interesami gospodarki nie było wtedy po prostu żadnej różnicy.

Można być zasadniczo przeciwnym temu, by porządek społeczny konstruować na potrzeby gospodarki, ponieważ wówczas dążność do zdobycia wartości materialnych, czyli pieniędzy, zostaje usankcjonowana przez państwo, zaś zanie­dbane zostaje poszukiwanie wartości duchowych, takich jak szczęście i miłość. Takie nastawienie jest zapewne uzasad­nione z punktu widzenia etyki, jednak doświadczenie uczy, że porządki społeczne, które stały na przeszkodzie intere­som gospodarczym, nie utrzymywały się zbyt długo – chyba że, tak jak w przypadku starożytnego Rzymu, wspierała je machina wojskowa.

Faktycznie systemy społeczne nie podporządkowują się po prostu potrzebom gospodarki (zwanym również interesami kapitału), tylko potrzebom części gospodarki, czyli interesom niektórych kapitalistów. A z tego mogą się rodzić porządki o konserwatywnej strukturze, jak choćby średniowieczny sy­stem cechów czy gospodarka planowa realnego socjalizmu, ale również dynamiczne a la Dolina Krzemowa. Można zbu­dować państwa wokół poszczególnych przedsiębiorstw, tak jak Honduras powstał wokół United Fruit Company, albo pełnić funkcję machin marketingowych jak Monako.

Chodzi zatem o to, na jaką gałąź gospodarki będzie zo­rientowany porządek społeczny. Szczególnie intratna dla

wszystkich stron okazuje się sytuacja, gdy wspomnianą gałę­zią, tak jak miało to miejsce w przypadku Hanzy, jest handel zagraniczny.

Ponieważ branża ta przeżywa swój rozkwit, jeśli:

  • wszędzie istnieje dobrze funkcjonujący przemysł oparty na własnych możliwościach danych krajów czy regionów i tym samym umożliwiający wymianę między regiona­mi;
  • istnieje podział pracy i otwarcie, ponieważ umożliwiają one zwiększenie produktywności i dynamiczny rozwój;
  • poza podażą istnieje również popyt bo choć zgodnie ze starą zasadą handlową zysk zależy od zakupu, to jednak zakup realizuje się dzięki sprzedaży, a do tej dojść może jedynie tam, gdzie istnieje siła nabywcza.

I tak ani ówczesny Hamburg, ani Lubeka, ani Nowogród czy Bergen i Brugia nie sprawiały wrażenia, jakby źle wyszły na Hanzie. W czasie, kiedy nie istniał jeszcze ustalony system państwowy, Hanza zapewniała dobrobyt i stabilizację. To, czego nie zapewniła, to indywidualne, niebotyczne fortuny. Bogaci kupcy hanzeatyccy posiadali w XV wieku majątki od 20 000 do 40 000 lubeckich marek, czyli ok. 1 do 2 mi­lionów euro. Ale żaden nie wybił się ponad grupę prostych milionerów. Pewną rolę odgrywała tu zapewne egalitarna mentalność ludzi Hanzy; ale jednocześnie do cech konsty­tutywnych gospodarki zorientowanej na handel zagraniczny należy to, że wspiera ona bogactwo, a uniemożliwia ogrom­ne bogactwo. Ponieważ pod egidą Hanzy niemożliwa była najbardziej intratna ze wszystkich strategii gospodarczych, czyli stworzenie monopolu – to sama Hanza była mono­polem. W jej ramach kupcy mogli działać bez obawy przed konkurencją z zewnątrz. Ceną, którą za to płacili, była ko­nieczność zaakceptowania konkurencji wewnętrznej, czyli pozostałych kupców hanzeatyckich.