Fundusze emerytalne finansują Wall Street

Fundusze emerytalne finansują Wall Street

Po II wojnie światowej USA stały się bezsprzecznie naj­potężniejszą siłą na świecie – zarówno militarnie, jak i poli­tycznie oraz ekonomicznie. Miały poza tym najlepszy rynek kapitałowy świata, z najkorzystniejszymi regułami dla loku­jących pieniądze i z najsurowszym nadzorem. Brakowało tylko inwestorów. Reszta świata potrzebowała pieniędzy, żeby usunąć szkody wojenne, a Amerykanie kupowali ak­cje głównie po to, by spekulować. Ten, kto chciał dokonać długoterminowej inwestycji, kupował pożyczki. Szczególnie w przypadku skrajnie długoterminowej lokaty pieniędzy, zabezpieczenia na starość, akcje były pogardzane, zaś po­życzki państwowe stały się faworyzowaną formą lokaty. To, jak uważał Charles Wilson, nie mogło trwać wiecznie: jeśli coraz liczniejsi, cieszący się dobrobytem amerykańscy oby­watele chcieli w ten sposób oszczędzać na porządną emery­turę, państwo byłoby zmuszone do tego, by coraz bardziej się zadłużać – a zabezpieczenie na starość zostałoby zbudo­wane na piasku.

Dlatego Wilson pod koniec lat czterdziestych wymyślił nowy system prywatnego zabezpieczenia na starość: fun­dusz emerytalny, który mógłby inwestować w akcje ame­rykańskich przedsiębiorstw. Jeśli oszczędności obywateli byłyby niejako inwestowane w amerykańską gospodarkę, zabezpieczenie na starość znalazłoby pokrycie w rzeczowych dobrach gospodarczych, emeryci mieliby w tym wypadku swój udział we wzroście gospodarczym. Ponieważ Charles Wilson nie był żadnym profesorem ani urzędnikiem, tyl­ko prezesem General Motors, w kwietniu 1950 roku za­proponował związkom zawodowym swoich pracowników utworzenie funduszu dla zatrudnionych w General Motors. A ponieważ to, co dobre dla General Motors, jest „dobre i dla całej Ameryki, innowacja ta w zawrotnym tempie roz­powszechniła się i w ciągu zaledwie roku powstało 8000 innych funduszy.

W Niemczech nieco później, w ramach reformy eme­rytalnej z roku 1957, sprzężono zabezpieczenie emerytal­ne z kształtowaniem się płac (zostały pokryte przez kapitał ludzki), za to finansowanie przedsiębiorstw w dalszym ciągu bazowało na kredytach bankowych. W USA obie funkcje po­łączyły się na rynku akcyjnym. I w ten sposób amerykań­skie giełdy w długiej perspektywie nie musiały martwić się o przypływ kapitału. Teraz w końcu wszystko było w kom­plecie: funkcjonujący rynek kapitałowy z najtwardszymi regułami gry na świecie i zabezpieczony na dziesięciolecia popyt na papiery wartościowe.

Skutkiem był niezmiernie dynamiczny wzrost majątku pieniężnego i względne kurczenie się największych mająt­ków. Gdy czasopismo „Forbes” opublikowało w roku 1999 listę najbogatszych Amerykanów wszech czasów, w pierw­szej czterdziestce znalazło się jedynie czterech, więc dokład­nie 10 procent tych, którzy nagromadzili swój majątek po II wojnie światowej. Skuteczne i przejrzyste rynki kapitałowe prowadzą raczej do podziału majątku; co prawda nie w tym sensie, że wszyscy obywatele czerpią z tego korzyść (to już nie sprawa rynków kapitałowych, lecz polityki socjalnej), lecz zmierzają do tego, by redukować dodatkowy zysk kilku graczy kosztem pozostałych – tam, gdzie niedozwolony jest insider trading, wszyscy muszą, używając słów Daniela Dre­wa, paść swoje czarne świnie po ciemku.