Domki z kart doktora Schneidera

Domki z kart doktora Schneidera

Niemiecki Trump nie czekał, aż banki zakręcą mu kur­ki z kredytami. Ten mężczyzna w średnim wieku, noszący tupecik, któremu pod koniec lat osiemdziesiątych i na po­czątku dziewięćdziesiątych przypisać należy może najpięk­niejsze, a może tylko najbardziej pompatyczne, ale w każ­dym razie najkosztowniejsze budowle i renowacje Republiki Federalnej, to Jurgen Schneider (ur. 1934), przedsiębiorca budowlany z nobliwego przedmieścia Frankfurtu, Kónigs- stein. Kupował on nieruchomości po najwyższych cenach, miał najwyższe koszty wykonania, płacił najwyższe pensje i reprezentował najwyższy poziom. A ponieważ wpływy z wynajmu i sprzedaży nieruchomości dalekie były od tego, by kiedykolwiek pokryć te koszty, manipulował przy do­kumentach budowlanych, uzyskując tym samym najwyższe kredyty. Gdy upadku jego imperialnego domku z kart nie dało się już zatrzymać, bez pożegnania wyniósł się na Flory­dę, pozostawiwszy za sobą największą plajtę w powojennej historii Niemiec.

„Ten, kto jeździ po Frankfurcie rolls-royce’em, nie dosta­nie u mnie nawet feniga kredytu”, powiedział swego czasu prezes Deutsche Banku, Hermann Josef Abs, zdradzając przy tym właściwą strategię obchodzenia się z rzekomymi boga­czami. Wystawny styl życia bogacza wymaga, by również być bogatym, a więc móc wszystko sfinansować z własnej kieszeni. To, że Jiirgens otrzymał w Deutsche Banku nawet kilka miliardów marek, może być spowodowane tylko tym, że Abs od dawna już nie żył. Poza tym Schneider, wykazując się dużym sprytem, nie jeździł rolls-royce’em, tylko merce­desem klasy S.