Dietrich Mateschitz ujeżdża byka

Dietrich Mateschitz ujeżdża byka

Tak na to patrząc, Dietrich Mateschitz nie powinien nawet zaczynać. Mógł ponieść tylko klęskę. Mimo to zaczął i nie poniósł. Ten urodzony w roku 1944 Austriak w ostatnich dwóch dziesięcioleciach stał się bohaterem historii, która brzmi równie niewiarygodnie jak ta z torebkami proszku do pieczenia. Napełniać puszki mającą posmak żelkówo-lemoniadą, reklamować ją kilkoma rysowanymi niedbałą kres­ką animacjami i sprzedawać za cenę, za którą dostałoby się piętnastokrotnie większe ilości coca-coli, już samo w sobie jest szaleństwem. Jednak Mateschitz, który swego marke­tingowego rzemiosła nauczył się w firmie Procter & Gam­ble, święcie wierzył w działanie napojów energetyzujących z dodatkiem tauryny, które poznał jako menedżer Blendaxu w trakcie delegacji do Chin. „Dokonałem analizy rynku i bardzo mnie zdziwiło, że te produkty są nieznane poza Azją” – powiedział później Mateschitz. Odwiesił na kołek swoją karierę menedżerską i zabrał się do pracy: zmieszał taurynę z kofeiną, glukuronolaktonem i dużą ilością cukru w jedną oranżadkę, którą ochrzcił mianem Red Buli i opa­trując chwytliwym sloganem „Red Buli doda ci skrzydeł”, puścił w obieg.

To, że robił to przed nosem Coca-Coli i Pepsi, któ­re w przeciągu kilku tygodni mogły zaoferować podobny produkt za jedną trzecią ceny, znacznie zwiększało ryzyko przedsięwzięcia: musiał nie tylko dotrzeć do klientów, ale również zatrzymać wielkie koncerny. A to, że w roku 1987 umiejscowił swój Red Buli najpierw w rodzimej Austrii, a dopiero siedem lat później zabrał się za podbój rynku nie­mieckiego, jeszcze zwiększało ryzyko. Każdy mógł go ubiec. Ale nikomu się to nie udało. I tak jest do dzisiaj, chociaż cały czas co tydzień na rynek wypuszcza się energy drink w formacie Red Bulla.

„Nie jest dla słabych, by stali się silni. Tylko dla silnych, by stali się jeszcze silniejsi” – mówi Mateschitz o Red Bullu. Do słowa „marketing” zdanie to również świetnie pasuje.