Chiński sen: od świniopasa do biurokraty

Chiński sen: od świniopasa do biurokraty

Ten, kto chciał coś znaczyć, kimś zostać, ten, kto szukał możliwości wzbogacenia się, zostawał urzędnikiem. Jeśli zdał egzaminy. A te obejmowały: tradycyjne wykształcenie do służ­by państwowej, czyli znajomość sztuk pięknych, pism przod­ków i biegłość w kaligrafii. Tego, czy egzaminowani przez kilka lat stażyści w istocie posiadali umiejętności przydatne w przyszłej pracy, nie sprawdzano, nie mówiąc już o przygo­towaniu do takich czynności. Jedynie w przypadku prawni­ków i lekarzy program zajęć obejmował również przekazanie wiedzy merytorycznej. W decydujących egzaminach końco­wych, podczas których cesarz osobiście wybierał pytania, lud­ność uczestniczyła z takim samym zapałem, jak współcześni widzowie teleturniejów w rodzaju „Milionerów”.

Przez wieki Chińczycy wychowali sobie klasę rządzącą, której poziom wykształcenia nie miał sobie równych na ca­łym świecie; nigdzie marzenie Platona o królestwie filozo­fów nie było bliższe urzeczywistnienia niż w Chinach. Chiń­czycy byli dumni, że ich system pozwalał teoretycznie każ­demu świniopasowi, dzięki studiom i uzdolnieniom, awan­sować na najwyższe stanowiska w państwie. Tak jak w USA teoretycznie każdy pucybut może zostać milionerem.

W rzeczywistości system funkcjonował oczywiście inaczej. Który chłop mógł sobie pozwolić, by przez kilka lat finanso­wać studia swego uzdolnionego syna? Za to dla dzieci urzęd­ników istniały specjalne szkoły przygotowujące do kariery w biurokracji. W ten sposób utworzył się rodzaj kasty, „której członkowie uważali za oczywiste, że państwo, choć na papie­rze będące własnością cesarza, w istocie należało do nich.