Calouste Gulbenkian pisze książkę

Calouste Gulbenkian pisze książkę

Branża naftowa od zarania dziejów była wspaniałym po­lem działalności dla osób pośredniczących między gospo­darką i polityką. Od jednej jedynej decyzji o przyznaniu koncesji na eksploatację pola mogły zależeć zarówno mi­liardowe obroty któregoś z koncernów, jak i kurs w polity­ce zagranicznej danego kraju. Projekty rurociągów jeszcze potęgowały tę problematykę, ponieważ pociągały za sobą osadzone w ziemi fakty, których nie dało się tak łatwo cof­nąć jak koncesji. Jeśli jednak znajdzie się ktoś, kto może zatroszczyć się o to, by państwo, o którego terytoria toczą się negocjacje, mogło złożyć koncernom naftowym korzyst­ną ofertę, wtedy te ostatnie zapłacą mu dobrą cenę, żeby reprezentowało ich interesy. Na Bliskim Wschodzie u pro­gu XX wieku taki ktoś nazywał się Calouste Gulbenkian (1869-1955), a jego cena wynosiła 5 procent.

Swoją karierę Ormianin ten zaczynał w sposób dziwny jak na przedsiębiorcę: napisał książkę. Książkę o zagospoda­rowaniu rezerw ropy, owoc swoich inżynieryjnych studiów w renomowanym londyńskim Kings College. A następnie wydarzyło się coś, o czym marzy każdy pisarz: książka zna­lazła czytelników! A w dodatku jednym z nich był ktoś, kto znalazł się w dobrym czasie we właściwym miejscu – ture­cki minister odpowiedzialny za rezerwy ropy w Imperium Osmańskim. A ten okazał się nie tylko poruszony pisarski­mi dokonaniami 22-letniego świeżo upieczonego inżyniera, ale nawet zatrudnił Gulbenkiana jako doradcę w sprawach związanych z ropą i ropociągami. A jako że do ówczesnego Imperium Osmańskiego należał oprócz Turcji również Pół­wysep Arabski i Irak, to ten miał co robić.

Typowe rozwiązanie Gulbenkiana w sprawie koncesji i umów rurociągowych polegało na każdorazowym tworze­niu samodzielnej spółki, w której odnośna spółka naftowa przejmowałaby zarząd i większość udziałów, a Gulbenkian 5 procent udziałów jako honorarium za pośrednictwo. Jako że jedną z takich spółek była wspomniana już wyżej Anglo- -Persian Company, Gulbenkian stał się w ten sposób w roku 1914 właścicielem udziałów British Petroleum. Ale również po rozpadzie Imperium Osmańskiego okazał się na niesta­bilnym Bliskim Wschodzie jedną z nielicznych obliczalnych wielkości. Jeszcze w roku 1928 mógł postawić skuteczną tamę ekspansji ogromnych koncernów naftowych: jedną prostą czerwoną linią na mapie zakreślał obszar, na którym żaden z udziałowców Iraq Petroleum Company (IPC) nie mógł działać na własną rękę. Irak, jak i Arabia Saudyjska leżały na terenie odgrodzonym czerwoną linią i zarówno Shell, jak i obie spółki Standard Oil z Nowego Jorku (póź­niejszy Mobil Oil) i New Jersey (późniejszy Exxon) należały do członków IPC, w którym Gulbenkian miał oczywiście 5 procent. Faktycznie w ten sposób trzem z najpotężniejszych koncernów naftowych na świecie nie wolno było wyciągać ręki po najzasobniejsze rezerwy ropy na świecie – chyba że wspólnie z konkurencją i przy okazji z Gulbenkianem.

Dopiero w roku 1947 z pomocą prezydenta Harry’ego Trumana koncernom udało się wydobyć z kleszczy IPC i w ten sposób w całości przejąć amerykańską kontrolę nad złożami w Arabii Saudyjskiej. Zabezpieczenie zaopatrzenia w ropę było jednym z najważniejszych strategicznych celów USA, jeszcze zanim teksańskich menadżerów naftowych za­częto wybierać na prezydentów.

Większość miliardowych majątków zbito jednak na ro­pie, ponieważ można było coś wydrzeć koncernom. Jednym z głównych zarzutów przeciwko imperializmowi była zawsze grabież zasobów surowcowych w krajach rozwijających się. I choć nie było to do końca nietrafione, to wciąż pozosta­wały jeszcze ogromne złoża. I zadziwiające jest, że światowe rezerwy ropy z każdym rokiem okazują się większe, chociaż coraz więcej wypompowuje się jej z ziemi. W każdym ra­zie u schyłku epoki kolonialnej pozostawało jeszcze za dużo ropy, by opłacało się całkowicie przepędzić wielkie koncer­ny z kraju (zarówno z Iraku, jak i z Iranu czy Wenezueli), częściowo je wywłaszczać czy negocjować nowe umowy z groźbą takiego wywłaszczenia w domyśle. W ten sposób większa część zysków z eksploatacji ropy mogła pozostać w kraju i wyjść na dobre albo ludności, albo możnowładcy wraz z jego klientelą.

Również przy niższych cenach ropy w tych okolicznoś­ciach trafiają się ogromne sumy. W uprzywilejowanych przez naturę miejscach produkcji nie można mianowicie ustalonej ceny po prostu obniżyć do poziomu poniesionych kosztów. Przedsiębiorstwom przemysłowym co rusz zdarza się, że odbiorca próbuje zmusić je do obniżenia ceny do poziomu kosztów. W przypadku ropy nie ma to nigdy miejsca. Do tego produkt jest zbyt jednorodny i zbyt rozpowszechniony – a koszta są zróżnicowane. Na Alasce czy nad Morzem Pół­nocnym są wielokrotnie wyższe niż w Teksasie, a tara z kolei o wiele większe niż w Wenezueli; najniższe były w Iraku, dopóki tamtejsza sytuacja pozwalała na wydobywanie ropy. Ten, kto musi wiercić w wiecznej zmarzlinie Alaski, przy niższych cenach za surową ropę naftową poniósłby straty.

Ten, kto ma wyjątkowo niskie koszty wydobycia lub inne czynniki obniżają jego koszty, przy wahaniach na świato­wym rynku cen może zrobić mniejszy lub większy zysk, lecz na pewno nie poniesie straty.