Bóg słońca kochał połyskliwe żółte złoto

Bóg słońca kochał połyskliwe żółte złoto

W istocie: każdemu, kto się o nim dowiedział, państwo Inków musiało się wydawać równie atrakcyjne, jak Galia Cezarowi – jeszcze nigdy niezłupione, zasobne w metale szlachetne, soczysty owoc na drzewie kultur światowych. Ludność żyła w ubóstwie, pracując w spokoju w typowym bezklasowym społeczeństwie: „Nie było klas, z wyjątkiem klasy wyższej” (Wolf Schneider). A to, czego owa klasa wyż­sza, czyli Inka i jego kapłani nie pożytkowała na utrzymanie siebie i dworu, wędrowało do świątyni boga słońca. A po­nieważ bóg słońca miał szczególne upodobanie do żółta­wego połyskliwego metalu, z punktu widzenia najeźdźców świątynie Inków były otwartymi skarbcami.

Imperium Inków miało wyraźną przewagę nad Galami: było stosunkowo słabo chronione, ponieważ nie posiadało zewnętrznych wrogów. Wysoko w Andach, z dala od innych cywilizacji, jedyne wojny, jakie prowadzili, były wojnami domowymi. Kiedyś musiał się w końcu pojawić jakiś na­jeźdźca i zerwać ten owoc. Franciszek Pizarro miał aż nadto argumentów, by przekonać o tym hiszpańskiego króla Ka­rola V W roku 1529 otrzymał swoją licencję na zabijanie: pozwolenie, by odkryć i najechać Peru. W przypadku zwy­cięstwa miał otrzymać również tytuł wicekróla – oczywiście tylko w zamian za odpowiedni udział w zyskach dla króla: jedna dziesiąta wszystkich wydobywanych w Peru metali szlachetnych i jedna piąta zdobytych drogą handlu wymien­nego lub przemocy złota i srebra miały trafiać do królew­skiego skarbca.

Reszta potoczyła się według sprawdzonego schematu. 12 listopada 1532 roku Franciszek Pizarro wraz ze 167 awan­turnikami wygrał „bitwę” pod Cajamarcą przeciwko 80 000 wojowników imperium Inków, ponieważ Inka Atahualpa był wystarczająco głupi, by kazać się obnosić swojej armii w lek­tyce. Pizarro pojmał go, a wkrótce potem wygrano bitwę i przypieczętowano tym samym upadek państwa Inków.